Opowieści podróże. Wpadki i przypadki w podróży 2

Podziel się ze znajomymi

Podczas podróży wiele rzeczy może pójść nie tak. Czasami nawet w najśmielszych snach nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co może nas spotkać po drodze. W poprzednim wpisie opowiedzieliśmy już o naszych kilku wpadkach, dziś mamy dla Was kilka kolejnych podróżniczych perypetii związanych głównie ze środkami transportu.

Zgubiony samochód

Za co lubię Włochy? Za luźne podejście do spraw, również przepisów drogowych. Byliśmy w Mediolanie, przyjechaliśmy tu samochodem. Nieopodal miejsca naszego zamieszkania był ogromny parking, na którym zostawialiśmy auto. Dzień przed wyjazdem przychodzimy by zabrać samochód i przeparkować go bliżej, by łatwiej zapakować bagaże. Gdy docieramy na miejsce przecieramy oczy ze zdumienia. Auto zniknęło! No nie ma! Obchodzimy cały plac, w jedną stronę, w drugą stronę. Ukradli jak nic! Ale że się połasili na taki stary (ale bardzo dzielny) samochód? Nagle, stojąc tak pośrodku tego placu, dobiega nas bardzo charakterystyczny rybi odór. Oczami widzę, jak zapala nam się żarówka nad głową – raz w tygodniu odbywa się tutaj targ i trzeba przestawić samochody!

Pokręciliśmy dni i zupełnie o tym zapomnieliśmy! Zatrzymujemy przejeżdżający radiowóz i dopytujemy, czy to policja mogła odholować nasze auto. Tak, tak, proszę dzwonić na ten numer i się dowiadywać. Dzwonimy. Tylko, że na parkingu policyjnym nie ma takiego samochodu. Zapadł się pod ziemię, zniknął, przepadł. Zrezygnowani, załamani, wracamy do domu. Idziemy tym chodnikiem, a tu jakiś idiota zostawił auto na środku chodnika. Taaaak. Nasze auto! Sprzedawcy, którzy rano przyjechali na targ, musieli się zlitować i po prostu przepchnęli nasz samochód z placu na drugą stronę ulicy. Dostaliśmy tylko mandat za złe parkowanie.

Lustereczko, powiedz przecie…

O tym, że zawsze warto wykupować w wypożyczalni samochodów dodatkowe ubezpieczenie dosadnie dowiedzieliśmy się podczas wycieczki po Portugalii. Zostawiliśmy auto na parkingu może na godzinę, wyskoczyliśmy zjeść coś do pobliskiej restauracji. Gdy wróciliśmy to z boku od strony kierowcy smętnie zwisało całkowicie potłuczone lusterko. Mieliśmy tylko podstawowe ubezpieczenie, więc wypożyczalnia skasowałaby nas całkiem pokaźną sumę za takie zniszczenia. Tak właśnie straciliśmy pół dnia na szukanie autoryzowanego serwisu, kilkadziesiąt euro na zakup nowego lusterka i kolejne euro na jego wymianę. I tak wyszło taniej…

Uziemieni na wygwizdowie

Nieco mniej śmiechu mieliśmy przy powrocie z Hiszpanii do Polski. Po dwóch tygodniach wakacji postanowiliśmy po drodze zwiedzić szybko Andorę. Nie zdążyliśmy nawet odjechać kilkudziesięciu kilometrów, kiedy zaliczyliśmy niemiłe spotkanie z samochodem z naprzeciwka. Pani za kierownicą tamtego auta straciła panowanie na drodze i nieszczęśliwie uderzyła w nasze przednie koło. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale samochód nie nadawał się do dalszej jazdy. Policja, laweta, telefon do ubezpieczyciela. Odwieźli nas do najbliższej miejscowości, która – bez urazy – okazała się dość zapadłą dziurą.

Mechanik nie miał dla nas dobrych wieści – naprawa miała potrwać kilka dni, bo części trzeba było sprowadzić z Barcelony. Zostaliśmy uziemieni na hiszpańskim wygwizdowie, praktycznie bez pieniędzy – a były to jeszcze czasy, gdy plastiki i szybkie przelewy wcale nie były popularne. Właściwie tylko jedno z nas miało przy sobie kartę do bankomatu, ale co z tego, skoro byliśmy już niemal całkowicie spłukani. Za ostatnie wyskrobane euro udało nam się wynająć dwa niesamowicie obskurne pokoje bez okien w hostelu (mam nadzieję, że to rzeczywiście był hostel). I czekaliśmy jak na zbawienie na przelew oraz telefon z warsztatu samochodowego. Po kilku nocach w tym upiornym miejscu w końcu dotarły do nas fundusze, samochód został naprawiony i już bez dodatkowych przygód udało nam się dotrzeć z powrotem do Polski. Dlatego jakoś zdecydowanie na wakacje wolę jednak latać samolotami…

O mały włos…

… a nie spóźnilibyśmy się na samolot. Przynajmniej kilka razy! I nie zawsze z naszej winy. Chociażby ostatnio: wybieraliśmy się na krótki weekend do Amsterdamu, wylot zaplanowany na godzinę 18. Na lotnisko mieliśmy jechać w godzinach szczytu, więc wyjechaliśmy z dość sporym zapasem czasu. Ale kto mieszka w Trójmieście ten wie, że dzień bez stłuczki na Obwodnicy to dzień stracony. I oczywiście tuż po tym, jak wyruszyliśmy w drogę, dowiedzieliśmy się o karambolu dokładnie na naszej trasie. Wypadek był na tyle poważny, że wzywali aż śmigłowiec, co oznaczało mniej więcej tyle, że cała Obwodnica i wszystkie drogi dookoła stanęły. Szybka decyzja, jedziemy bocznymi drogami. Bardzo bocznymi drogami, taki rajd przez błoto i kałuże. Dojazd, który zazwyczaj zajmuje nam jakieś 20 minut, zajął nam… ponad półtorej godziny! Na lotnisko wpadliśmy na 35 minut przed wylotem. Całe szczęście podróżowaliśmy tylko z bagażem podręcznym, a karty pokładowe mieliśmy w telefonie. Przelecieliśmy przez kontrolę osobistą i wtedy usłyszeliśmy ostatnie wezwanie na nasz samolot do Amsterdamu. Sprintem przez terminal i zziajani dopadliśmy do bramki. Mieliśmy naprawdę niesamowite szczęście, że na ten samolot zdążyliśmy.

Pechowy wylot

To bezcenne uczucie, gdy przyjeżdżasz na lotnisko, bo musisz złapać poranny lot o 5:40, a tam na tablicy odlotów jak byk na czerwono jest napisane: odwołany. Nie dość, że się człowiek nie wyśpi, to jeszcze pokrzyżują mu plany. Lecieliśmy na krótki wypad do Warszawy połączony z wycieczką po warszawskim lotnisku. Zostaliśmy oczywiście przeniesieni na najbliższy możliwy rejs, dostaliśmy nawet na vouchery do wykorzystania w jednej z restauracji. Ale cóż z tego, skoro w żadnym lokalu na całym lotnisku nie mogliśmy z tych kuponów skorzystać, bo dopiero co otworzyli nowy terminal i nikt nie miał podpisanej umowy z przewoźnikiem na ich realizację. Po trzech godzinach oczekiwania z niecierpliwością wypatrujemy samolotu. Jeśli wylecimy o czasie, to dalej zdążymy na wycieczkę. Ale nie… Samolot oczywiście przylatuje spóźniony. Zanim w końcu po kilku godzinach dotarliśmy do Warszawy wycieczka już dawno ruszyła bez nas. Jak pech to na całej linii.

Podziel się informacją ze znajomymi
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someoneShare on Tumblr
  • My mieliśmy kiedyś stłuczkę we Włoszech, niestety z naszej winy, ale na szczęście samochód nadawał się do dalszej jazdy.